Ej, odbudujmy Nepal!

25 kwietnia 2015 roku nastąpiło trzęsienie ziemi w Nepalu o sile 7,8 w skali Richtera. 9 tysięcy ofiar, 20 tysięcy rannych – liczby mówią same za siebie. Dzielni górale musieli szybko otrząsnąć się po tej tragedii, zaczęli rozbiórkę budynków nienadających się już do użytku, żeby 12 maja przeżyć kolejny szok. Tym razem siła trzęsienia była mniejsza, bo 6,8, za to podobno bardziej odczuwalna. Ci wspaniali ludzie nie poddali się i zaczęli odbudowywać swój kraj. To stało się dla mnie inspiracją do podjęcia decyzji – chcę im w tym pomóc, chcę tam pojechać!

W listopadzie 2015, pół roku po tragedii, przyleciałam do stolicy tego górskiego, przepięknego kraju – Katmandu. Zobaczyłam zniszczone budynki i świątynie, gruz, belki podpierające rozszarpane domy. Jednak co najbardziej mnie ujęło to ludzie, wciąż uśmiechnięci, życzliwi, pomagający sobie w tych trudnych okolicznościach. P1160424

Odwiedziłam kilka organizacji i brałam udział w kilku projektach podczas mojego miesięcznego pobytu w Nepalu, pomagałam w akcji “Ej, odbudujmy Nepal!” (http://odbudujmynepal.pl/#slider_static) zorganizowanej przez Tiję Grebieniow z Poznania. Zbieraliśmy pieniądze na koce dla ludzi z wioski Lapa, jednej z tych, w których ludzie stracili dosłownie wszystko. Koce były potrzebne, żeby mogli przetrwać zimę. Obecnie pieniądze zbierane są na budowę szkoły.

 

P1150502

 

Kolejną organizacją był JAY NEPAL (https://www.facebook.com/groups/jaynepalEarthquakeactiontohelpnepal/), w którym zostało przeprowadzane szkolenie ratunkowe przez włoskich strażaków.

 

P1160308

Mała Polska w Nepalu (http://malapolskawnepalu.org/) to kolejny projekt polsko-nepalski. We wsi Dumre nieopodal Katmandu zostaje budowana szkoła, Dom Polski, a w dłuższej perspektywie ma powstać małe centrum medyczne.

 

 

P1150646Byłam również w  sierocińcu Srijansil Children Welfare w Katmandu w dystrykcie PepsiCola (https://www.facebook.com/srijansilwelfare?fref=ts). Podopieczni sierocińca są przeuroczy, spędziliśmy parę dni na wspólnych śpiewach, graniu w siatkówkę i piłkę nożną, próbowałam ich również nauczyć kręcić poi oraz żonglować. Dzieciaki dP1150925obrze sobie radzą po angielsku, a jeśli komunikacja werbalna zawodzi to zawsze można używać gestów. Sierociniec ciągle potrzebuje sponsorów, na opłaty dzierżawy, zakup jedzenia dla całej gromady i środków czystości. Jeśli znacie kogoś kto mógłby pomóc wejdźcie bezpośrednio na FB organizacji.

 

P1150926Didi Foundation (https://www.facebook.com/didifoundation/?fref=ts) oraz Seven Women Nepal (http://www.sevenwomen.org/) to organizacje, które przywracają nadzieję kobietom. Aktywizują je zawodowo, kładą nacisk na ich edukację, zapewniają rozwój oraz samodzielność finansową. Kobiety szyjąc, wykonując manualne P1160362czynności, zarabiają na utrzymanie siebie i swoich dzieci. Często są one opuszczone przez mężczyzn, mieszkające we wioskach, niemające perspektyw na lepsze jutro. Organizacje próbują je wdrażać w życie i uczą przedsiębiorczości.

 

Po wizytach w tych wszystkich miejscach i  przekonaniu się na własnej skórze jak naprawdę działają organizacje humanitarne dochodzę do słodko – gorzkich wniosków. Sama altruistyczna idea niesienia pomocy w krajach biedniejszych/dotkniętych kataklizmami jest podniosła i wspaniała, jednak wyobrażenia a rzeczywistość jest zgoła inna… Jedna z kobiet pracujących na codzień w światowej “korporacyjnej organizacji humanitarnej” powiedziała mi, że “…w Nepalu zarabia się na dwóch rzeczach: turystyce i NGO’sach”. Zaskoczyła mnie bardzo tym stwierdzeniem, jednak po miesiącu pobytu na miejscu zrozumiałam o co jej chodziło. Niestety organizacje pośredniczą w niesieniu pomocy potrzebującym, jeśli są w miarę OK biorą 50%, a kolejna połowa idzie do kieszeni właściciela/polityków. Jeśli natomiast są chytrzy, biorą 80% dla siebie, a reszta trafia do poszkodowanych. W Nepalu grasuje niesamowita korupcja, rząd i wszyscy, którzy znajdują się na stołkach są jak te świnie przy korycie, które nigdy nie mogą się najeść. Dlatego blokowali samoloty z pomocą humanitarną, które zaraz po trzęsieniu ziemi musiały czekać na lotnisku w Katmandu – mieli po prostu z tego więcej kasy. Pomoc w Nepalu jest niewątpliwie potrzebna, trzeba jednak dobrze znać realia i ludzi, którzy tą pomoc chcą nieść. Słyszałam również głosy, że dużo inwestorów przyjeżdżało, chciało coś zrobić, ale przez biurokrację, korupcję,odmienną kulturę i problemy zabierali swoje pieniądze i wracali do swoich krajów. Moim zdaniem akcja “Ej, odbudujmy Nepal!” jest wyjątkowa, bo dwoje przyjaciół postanowiło się skrzyknąć i zrobić coś razem. Pieniądze nie są prane, bo idą bezpośrednio do osoby, która zna okoliczne realia i nie bierze “w kieszeń”. Jest to bardzo cenna wiedza zarówno dla osób wpłacających pieniądze, ale też dla wolontariuszy.

Przyszedł mi do głowy pewien projekt, który będę chciała zrealizować w przeciągu 2-3 lat. Chciałabym jeździć od kraju do kraju i prowadzić warsztaty edukacyjno-polityczne dla dzieci i kobiet w krajach biedniejszych. Uważam, że tylko przez edukację można wyplenić pewne zachowania i utarte schematy. Jeśli dzieci nauczą się, że korupcja i nepotyzm są złe, że zabijają gospodarkę i powodują problemy całego kraju to jest duża szansa, że w przyszłości będą unikać takich czynności. Ponadto kobiety, które dostaną podstawową wiedzę medyczną będą wiedziały jak zadbać o siebie oraz swoje dzieci. Dodatkowo chciałabym poprowadzić warsztaty przedsiębiorczości, tak aby aktywizować je zawodowo.

P1160202

Wielkoorkiestrowy dekadowy krąg

Dokładnie dziesięć lat temu, w styczniu 2005 po raz pierwszy kwestowałam dla WOŚPu w moim rodzinnym mieście. Był to mój pierwszy wolontariat.

W tym roku postanowiłam powtórzyć wolontariat, aby historia zatoczyła krąg. Jednak tym razem wyruszyłam w sobotę 10 stycznia wraz z drugim wolontariuszem Pawłem w Tatry do Schroniska Pięciu Stawów. Warunki były fatalne: deszcz, silny wiatr, który mnie przewracał, a potem zapadałam się w śniegu do kolan. Droga, którą normalnie pokonuje się w 2godziny 15 minut zajęła nam 4,5 godziny. Gdyby nie Paweł, pewnie zostałabym “przebiśniegiem” i wraz z nadejściem wiosny dopiero by mnie znaleźli… Po trudach wejścia, dotarliśmy do schroniska, gdzie oczywiście panowała fantastyczna atmosfera, przeprowadziliśmy WOŚPową licytację, a następnego dnia zbieraliśmy na szlaku pieniądze do puszek. W niedzielę późnym popołudniem dotarliśmy do Piwnicy pod Baranami gdzie przeliczyliśmy wszystkie pieniądze – w dwa dni zebraliśmy 3600 zł! Całość zebranych pieniędzy w tym roku wynosi 36 milionów złotych.

_DSC0087-20150112_DSC0093-20150112

Jurek Owsiak jest kontrowersyjną, medialną postacią. Jedni mówią, że zbyt dużo obraża, inni z kolei, że zbyt mało. Mówią też, że kradnie. Nie będę wchodzić w te dyspóty, ani ich komentować, to zbędne. Dla mnie ważne, że istnieje w Polsce taka akcja, dzięki której potem można kupić potrzebny sprzęt medyczny, pomóc ludziom. Oby takich inicjatyw było coraz więcej, a ludzie zaczeli siać dobro, a nie hejterstwo.

Ze swojej strony dodam tylko, że pojawia się w tej historii wątek sentymentalny – gdyby nie WOŚP może w ogóle nie zainteresowałabym się wolontariatem?

fot. Paweł Grzegorczyk
                   fot. Paweł Grzegorczyk

Gwiazdkowy prezent

Wigilia 2014. Ostrów Wielkopolski. Dom rodzinny.  Kolacja. Rozmowy. Prezenty. A wśród nich ona.  Świeżo wydana, jeszcze pachnąca. Książka Krzysztofa Ziemca. “Warto być dobrym“.  Dlaczego dla mnie tak ważna? Bo w środku znajduje się też moja historia. Z panem Krzysztofem spotkaliśmy się w kwietniu 2013 roku w ostrowskiej bibliotece, do której przyjechał w ramach spotkania autorskiego. Zaczynał wtedy pracę nad książką o ludziach, którzy czynią dobro, a ja wyjeżdżałam niebawem do Rosji na wolontariat europejski. Wymieniliśmy się mailami i od tej pory nawiązaliśmy współpracę. Pisałam do niego z Rosji o mojej pracy z dzieciakami i młodzieżą autystyczną, o trudach i radościach, o chwilach niezapomnianych i chwilach załamania. Później wróciłam do Polski, życie codzienne przyćmiło nieco myśl, że książka ma się ukazać. I tak po roku otrzymałam w Wigilię jeden z najpiękniejszych prezentów w życiu. Jednak ta książka zobowiązuje do dalszego czynienia dobra, bo znalazłam się pośród takich osób jak: Dymna, Ochojska czy Owsiak. Nie zamierzam przestawać, jest jeszcze sporo do zrobienia i dużo ludzi, którym potrzebna jest pomoc. Nie zamierzam osiąść na laurach – wręcz przeciwnie, do dzieła! A ten fragment książki, w której znalazło się moje nazwisko,  jest tak na prawdę hołdem dla dziewczyn, które pracowały razem ze mną na wolontariacie w Rosji i pomagały dzieciakom – Ani, Renaty oraz Marty oraz wszystkim innym wolontariuszom na świecie! Nie liczy się kto jest wymieniony, liczy się to co robimy! DZIĘKI 🙂

P1130102

Tour de France

Wstęp

Ten artykuł nie mówi w sposób bezpośredni o wolontariacie, tylko o mojej podróży po Francji w 2014 roku. Podczas niej spróbowałam i doświadczyłam wielu nowych rzeczy jak freeganizm, jadłam ślimaki i ostrygi, spałam w camionach ze współczesnymi hipisami, grałam, śpiewałam, tańczyłam. Myślę, że role się odwróciły i teraz nie ja byłam wolontariuszką, tylko oni w jakiś sposób byli wolontariuszami dla mnie – pomagali mi, dawali inspiracje i nowe pomysły – chapeau bas!  Większość ludzi myśli, że jak już udzielam się społecznie to tylko daję coś od siebie, a nie zyskuję – NIEPRAWDA! To czego się uczę i doznaję jest skarbnicą wiedzy i umiejętności, której nie uzyskam na żadnym uniwersytecie czy kursie. Uwierzcie, warto, zarówno być wolontariuszem jak i uczyć się od innych, obserwować i dawać sobie pomagać! BTW, tekst wysłałam do jednego z polskich czasopism podróżniczych, nie zachwycił, więc publikuję go tutaj 😉

Paryż nieznany

1

Czy można zwiedzić 8 francuskich miast w półtora miesiąca? Ależ oczywiście i to najlepiej autostopem. W połowie kwietnia 2014 roku wyjechaliśmy z Polski w kierunku Paryża. Dojazd zajął nam 23 godziny. Stolica kraju Balzaca powitała nas pogodą w kratkę. W dwa dni obskoczyliśmy główne atrakcje turystyczne, jednocześnie zwracając uwagę na „paryskie smaczki” takie jak urokliwe uliczne zakątki, parki i kanały. W parku Buttes Chaumont znalazłam3 się na wzgórzu, z którego widać piękną panoramę miasta, zrobiliśmy sobie piknik na Place des Vosges, obok którego znajduje się dzielnica homoseksualistów, a przechadzając się nocą po parku de la Villette kluczyliśmy w gąszczu kanałów przecinających nam drogę. Uliczni artyści prezentujący swój dorobek u podnóża Montmartre zadziwiają kreatywnością i swoimi umiejętnościami, warto się zatrzymać i popatrzeć na obrazy lub posłuchać ich koncertów. Miasto nad Sekwaną zachwyciło i wzmożyło apetyt na dalsze odkrywanie tego pięknego kraju.

Wiadukt w Morlaix

8

Małe miasto Morlaix w północnej Bretanii, leżące u stóp kanału La Manche jest bardzo urokliwe. Średniowieczne domy budowane były tak, aby zagospodarować jak najwięcej przestrzeni przy jednoczesnym jej braku. Wąskie uliczki uniemożliwiały budowanie wielkich domostw, dlatego sprytni Bretończycy postanowili budować 7wzwyż a nie wszerz. Budynki z każdym piętrem są bardziej wysunięte do przodu, co z boku wygląda jakby ktoś wsparł całą konstrukcję na niewidzialnych schodach. Dodatkową atrakcją tego pięknego miasteczka jest wiadukt, zbudowany z różowego granitu w 1863 roku, który ma 58 metrów wysokości i 292 metry długości. Latem od godziny 10.30 do 13.00, a następnie od 14.00 do 18.30 można wejść na jego przęsła, by podziwiać panoramę Morlaix. Oprócz tego okoliczne plaże zachęcają do kąpieli i pikników. 5W Saint Jean-du-Doigt można złowić bigorneaux (czyt. bigorno) czyli morskie ślimaki. Dla Francuzów to niebagatelny przysmak, ja raczej podeszłam do niego z rezerwą. Z Roscoff można przedostać się statkiem na śliczną wyspę Ile-de-Batz, na której można pojeździć rowerem i wejść na latarnię morską, z której roztacza się widok na całą okolicę, piękne klify w Saint Samson powodują zawrót głowy, a plaża Beg-ar-Fri nosi po bretońsku słuszną nazwę „koniec nosa”. Możesz być zaskoczony jak szybko nadchodzi tutaj przypływ, a 9otaczające plażę skały uniemożliwiają natychmiastową ucieczkę. To tylko przykłady, w całej Bretanii można odnaleźć mnóstwo takich miejsc. Dlatego mimo deszczowej pogody, warto odwiedzić ten region ze względu na kuchnię (słynne bretońskie naleśniki z mąki gryczanej Galettes, pyszne ciasteczka maślane Kouign Amann czy miodowe wino Chouchen), kulturę (Bretończycy mają swój własny język, który należy do grupy języków celtyckich) i oczywiście perełki przyrody.

6

Festival Histoire d’Avenir w Nantes

11Następnym przystankiem było portowe miasto Saint-Nazaire z piękną nadmorską promenadą, na której codziennie grają inni artyści. Później pojechaliśmy do Nantes. Zespół „Beirut” nie bez przyczyny śpiewał o nim piosenkę. Gdy tylko znalazłam się w centrum miasta, oczarowało mnie. W ostatni weekend kwietnia odbywa się tam darmowy festiwal muzyki świata „Historia Przyszłości”. Każdy może znaleźć coś dla siebie – zespoły grają muzykę od salsy, samby, kumbii, po tradycyjne afrykańskie brzmienia, soul, a nawet jazz. Muzycy przyjeżdżają z każdego zakątka świata i na prawdę potrafią rozgrzać 10publikę do szaleństwa. Oprócz tego w Nantes istnieje projekt artystyczny „Maszyny z Wyspy”. Można zobaczyć ogromnego słonia zbudowanego z drewna i stali, gigantyczną ważkę czy fantasmagoryczną karuzelę oraz wiele innych dziwactw opartych na bazie projektów Leonarda da Vinci i Juliusza Verne. Zarówno festiwal jak i Les Machines de l’île wpisują się na listę wydarzeń i miejsc tego co warto zobaczyć we Francji.

Tango w Bordeaux

12

Jak widać tango na placu w centrum miasta nie tańczą tylko w Argentynie. Również w Bordeaux, mieście bogatym i sławnym z wyrobu najlepszego wina. Trafiliśmy na dni tanga argentyńskiego. Przez cały tydzień organizowane były darmowe kursy, happeningi na głównym placu, gdzie najlepsi tancerze mogli wszystkim pokazać swoje umiejętności oraz koncerty. Tango to bardzo specyficzny i trudny taniec. Próbowałam się z nim zmierzyć, ale stwierdzam, że musiałabym spędzić wiele miesięcy na nauce chociażby jego podstaw. Natomiast w obrębie 50 kilometrów od Bordeaux, przelewają się oceany winnic. Niektóre od wielu pokoleń należą do wytrawnych znawców wina, ich posiadłości są nazywane zamkami i wjeżdża się do nich tylko za pozwoleniem ich właścicieli. W okolicach Bordeaux produkuje się około 80% czerwonego i 20% białego wina na skalę całej Francji.

Muzyczna uczta w Toulouse

17

Toulouse to roztańczone, rozśpiewane i rozegrane miasto. Wszędzie pełno grajków ulicznych, koncertów w klubach, jam session. Ludzie spotykają się w parkach, wspólnie grają i śpiewają, w powietrzu unosi się muzyka. Niesamowite! Różowe miasto jak nazywają je tubylcy (od czerwonej cegły, z której wybudowana jest większość budynków w Toulouse) nigdy nie śpi. Można w nim znaleźć szereg restauracji, małych alternatywnych barów, ukrytych w wąskich uliczkach. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

 

14 15

Przez żołądek do serca

19

Przenosimy się jeszcze bardziej na południe, nad Morze Śródziemne. W Sète urodził bardzo znany francuski artysta Georges Brassens, leży tam na cmentarzu i wielu jego miłośników składa mu hołd. Sète to także znany kurort turystyczny, a także port jachtowy. Dla smakoszy owoców morza nie lada gratką mogą okazać się tutejsze ostrygi i małże.

Święto Czarnej Madonny

P1120285Ostatnim przystankiem na naszej trasie było małe miasteczko Les-Saintes-Maries-de-la-Mer leżące w Parku Regionalnym de Camargue. Droga prowadzi przez podmokłe tereny, na których żerują całe stada flamingów. 23Dodatkową atrakcją są kowboje, którzy w swoich oryginalnych strojach i kapeluszach zajmują się końmi z Camargue (podobno jedną z najstarszych odmian na świecie). Parkujemy wraz z innymi karawanami na darmowym parkingu blisko morza. Celebracja Czarnej Madonny, patronki Romów, już trwa. Procesja z figurką świętej Sary wędruje przy akompaniamencie gitar i akordeonów do morza. Tam 24większość ludzi wchodzi razem z nią na znak pojednania. Później figurka wraca do kościelnej krypty, a w całym mieście zaczyna się fiesta. Flamenco i muzyka bałkańska rozbrzmiewa do późnych godzin nocnych. Ludzie tańczą na ulicach, śpiewają, dyskutują. Całe romskie familie z różnych państw Europy zbierają się, żeby uczcić 24 maja obchody swojej patronki. To dla nich obowiązkowa pielgrzymka w roku.

26 27

Po udanej zabawie, zaczęliśmy zmierzać w kierunku Polski. Podczas tych 45 dni poznałam Francję od najlepszej ze stron – muzyki, tańca i jedzenia. To była niesamowita podróż, która uwrażliwiła mnie i dodała energii do dalszego działania. Taki zastrzyk serotoniny polecam każdemu!

Bratnia dusza

Niedawno byłam na prezentacji slajdów z podróży po Ameryce Południowej Luizy Chrzanowskiej w kawiarni podróżniczej “Południk Zero” w Warszawie i okazało się, że nasz sposób podróżowania jest bardzo podobny! Wolontariaty, muzyka, taniec, couchsurfing, autostop… Zgadza się dużo, nawet wykształcenie 😛 Polecam bloga Luizy:

http://luporter.pl/

i serdecznie ją pozdrawiam!

 

слава Україні?

Od 8 do 16 lutego  2014 roku byłam wolontariuszką na kijowskim IMAG0438Majdanie. Było to dla mnie nie lada przeżycie, nigdy wcześniej nie widziałam barykad, placu pełnego namiotów wojskowych, a wraz z nimi wartujących i oczekujących na zmianę władzy i systemu ludzi. Duszący dym wydobywający się z prowizorycznych kominów stworzonych na tą okazję, ludzie w kominiarkach, ubrani w moro, często z pałkami przy pasie, wiszący w powietrzu zapach walki i przemocy. Na środku Majdanu stała wielka choinka, a na niej zamiast bombek wisiały hasła protestu wobec panującej władzy, włącznie z karykaturą Janukowycza (na zdj.). Na ulicy Gruszewskiego stała barykada, a tuż za nią Berkut czyli specjalnie wyspecjalizowana jednostka milicji ukraińskiej. Obraz pobojowiska, bo w styczniu odbyły się tam walki, w których zginęli cywile. Ludzie chodzący w maskach, próbujący uchronić się od zapachu spalonych opon. Aż włos się jeżył na głowie…

Zadaniem wolontariuszy Fundacji Otwarty Dialog było jak najbardziej rzetelne odwzorowanie panującej tam rzeczywistości, zbieranie informacji o łamanych prawach człowieka i przekazanie ich na zachód Europy. Ponadto Fundacja (jako jedyna z przedstawicieli europejskich) miała postawiony swój namiot z ulotkami na Majdanie. Mogły się do niego zgłaszać osoby poszkodowane, które doświadczyły łamania praw człowieka.

Osobiście zajęłam się sprawą AutoMajdanu. Wraz z Agnieszką i Adrianem chodziliśmy po rozprawach sądowych osób, którym IMG_0038zaczęto odbierać prawo jazdy z racji uczestniczenia w styczniowej manifestacji samochodowej prowadzącej do willi Janukowycza pod Kijowem. Tysiące samochodów przejechało w pochodzie prowadzącym z centrum Kijowa do jego posiadłości. W tym czasie milicja nagrywała numery rejestracyjne pojazdów na kamerę, żeby później dociec kto jest wrogiem i próbować go unicestwić. Jednych prześladowano, drugich IMAG0393 drastycznie pobito, podpalano ich samochody (najczęściej robili to tzw. “tjetuszki”, opłacani przez władze ukraińskie młodzi ludzie). Inni dostawali wezwanie do sądu, w którym odbierano im prawo jazdy. Wszystko to było farsą, nastawioną tylko i wyłącznie na prześladowanie osób, które chciały zmieniać coś w swoim kraju. Dochodziło do absurdów, gdzie jeden komisarz milicji składał raporty i podpisywał się w zupełnie innych miejscach jednak w tym samym czasie. Niestety zamiary jakie miały w tym władze zostały spełnione pomyślnie. Większość osób, które spotkałam, została zastraszona, bała się o swoje życie, IMAG0432jak i życie swoich najbliższych. Część z nich myślała o wyjeździe, również do Polski. Pisaliśmy raporty z danych spraw i oddawaliśmy je do Fundacji.

Poznałam wiele ludzi, którzy chcieli odzyskać wolność słowa, myśli, wolność polityczną. Chcieli o nią walczyć jak potrafili, niestety została im przemoc. Jestem pacyfistką, dlatego zawsze będę po stronie rozwiązań polubownych i dyplomatycznych. To co zobaczyłam i doświadczyłam na Majdanie wzbudziło we mnie zgoła skrajne emocje. IMAG0473Byłam zła, smutna, rozczarowana stosunkiem władzy ukraińskiej do swojego narodu, ale bywały też chwile radości, kiedy to Ukraińcy dziękowali nam Polakom, za to, że ich nie opuszczamy, że jako jedyni w Europie ich popieramy i oni to czują. Spotkałam się z różnym odbiorem tego, że wspieram Ukrainę w jej dążeniu do demokracji. Uważam, że tak jak Polska i Polacy 25 lat temu walczyli o niepodległość, tak i każdy kraj i jego obywatele ma do tego prawo.

Wyjechałam z Kijowa 16 lutego. 18 lutego zaczęła się jatka. Moi znajomi wolontariusze zostali zaatakowani przez Berkut tylko dlatego, że mieli odblaskowe kamizelki z napisem obserwator. Strzelano do nich z gumowych pocisków. Wielu ludzi zginęło i zostało rannych tego dnia i podczas kolejnych. Krew przelana w imię demokracji? Z perspektywy tych kilku miesięcy wygląda to nieco zatrważająco. Rosja trzyma rękę na pulsie i nie odpuszcza. Krym, Donieck, Ługańsk. Co będzie dalej? Liczę tylko, że jak najmniejsza ilość ludzi, która zginie…

Wolontariuszka na Majdanie

Dużo mówi się ostatnio o Ukrainie, płyną medialne rzeki informacji. Czas wesprzeć naszych sąsiadów zza wschodniej granicy i wziąć sito, które przesieje fakty prawdziwe od tych fałszywych. Wybieram się z ramienia Fundacji Otwarty Dialog (http://odfoundation.eu/) na tygodniowy wolontariat do Kijowa. Będę koordynowała pracę innych wolontariuszy, zbierała od nich informacje i pisała artykuły o prawdziwej sytuacji na Majdanie w mediach społecznościowych. Inni wolontariusze będą zajmowali się również monitorowaniem naruszeń praw człowieka wśród uczestników protestu, uczestniczyli w procesach sądowych, przekazywali pomoc humanitarną dla osób poszkodowanych.

Jestem bardzo podekscytowana, chcę zobaczyć jak rzeczywiście mass media kreują rzeczywistość, w której żyjemy i na ile jest ona prawdziwa. To pierwszy tego typu wolontariat, na który się zdecydowałam.

Image

Здравствуйте Россия!

W Meksyku przeczytałam książkę Ryszarda Kapuścińskiego “Imperium”, postanowiłam, że moją następną destynacją będzie właśnie Rosja. Zaczęłam szukać kolejnego projektu EVS i znalazłam wyjazd z Organizacji “Jeden Świat” (http://jedenswiat.org.pl/) do organizacji “Sfera” (http://dobrovolets.ru/eng.php?id=Mi41&thread=0) z Nizhnego Novgorodu. Projekt dotyczył pracy z dziećmi i młodzieżą autystyczną w placówce “Veras” (http://veras-nn.ru/). Tak więc spakowałam się i 3 czerwca 2013 roku wylądowałam w Moskwie, skąd wsiadłam w pociąg jadący do Nizhnego Novgorodu.

Image

Na początku wcale nie było łatwo. Pierwsze zderzenie z językiem roImagesyjskim, który należy do grupy języków słowiańskich, było dla mnie sporym wyzwaniem. Jadąc do Rosji znałam tylko alfabet, podstawowe zwroty i wsio! Było mi bardzo ciężko porozumiewać się, a tym bardziej podejmować decyzje rozmawiając o nich z poszczególnymi osobami. Także było mi trudno zrozumieć co mówią do mnie dzieci i młodzież, z którymi pracowałam, jednak po krótkim czasie uświadomiłam sobie, że kluczem jest mowa ciała i chęć porozumienia. Można złapać wspólny kontakt nawet bez mówienia w tym samym języku.

W połowie czerwca wraz z pracownikami placówki, w której odbywał się mój projekt, wybrałam się na dwutygodniowy obóz z dziećmi niepełnosprawnymi oraz ich rodzicami. ImageMieszkaliśmy w małej wiosce Kierżyniec oddalonej od Nizhnego Novgrodu godzinę jazdy pociągiem. Ośrodek położony był w lesie, a do pobliskiej rzeczki chętnie chodziło się na wieczorne spacery. Dni upływały na zabawach oraz na poszczególnych terapiach zajęciowych dla dzieci. Pomagałam terapeutkom z mojej organizacji, prowadziłyśmy muzykoterapię oraz artoterapię dla naszych podopiecznych. Zaprzyjaźniłam Imagesię z Aloszą, chłopcem z zespołem Downa i codziennie odprowadzałam go na zajęcia hipoterapii. Pomagałam również Adzie, mamie dwójki niesfornych autystów. Czasami czułam się jak Don Kichote, który walczy z wiatrakami, jednak wieczorem, kiedy wspólnie z Adą usiadłyśmy w kuchni, a chłopcy już smacznie spali, wystarczyło, że powiedziała mi jedno magiczne słowo „spasiba” i całe zmęczenie mijało. Praca z dziećmi autystycznymi jest wyjątkowo wymagająca, ciężko nad nimi zapanować, ciężko do nich przemówić, ale jeżeli przynosi jakiś współmierny efekt i dziecko powtórzy daną czynność bądź zareaguje w oczekiwany sposób, to przynosi wielką satysfakcję i radość.

Na początku lipca wybrałam się również z drugą wolontariuszką z Polski, ImageAnią, na trzytygodniowy workcamp z dziećmi do Ekaterinburga. Wraz z innymi wolontariuszami: francuską Marie i hiszpanem Danim, prowadziliśmy dla dzieciaków Kącik Kultur Świata. Mówiliśmy o swoich kulturach, muzyce, filmach z naszych krajów, opowiadaliśmy im o naszych zwyczajach, potrawach i świętach. Dla większości dzieci to był ich pierwszy kontakt z obcokrajowcami, byli bardzo ciekawi, zadawali mnóstwo pytań, a my z przyjemnością na nie odpowiadaliśmy. Myślę, że chętniej będą się uczyli języków obcych, bo uświadamialiśmy ich, że warto. Oprócz tego, uczestniczyliśmy w różnych grach i zabawach przewidzianych Imagedla dzieci przez tzw. ważatych (czyli opiekunów). Przebieraliśmy się za różne postacie, uczestniczyliśmy w przedstawieniach, czasami byliśmy jurorami, graliśmy w siatkówkę, piłkę nożną, wymyślaliśmy różnego rodzaju konkursy, organizowaliśmy przebierane dyskoteki. Wieczorami graliśmy w gry planszowe, szachy, słuchaliśmy muzyki albo czytaliśmy książki. Tak upłynęły trzy tygodnie lipca.

Jednak życie wolontariusza składa się nie tylko z pracy na rzecz drugiego człowieka. Jest również czas wolny, a ten jest dla mnie wykorzystany w pełni podczas podróży. ImageTrzy wolne tygodnie w sierpniu wykorzystałam na wyprawę marzeń – na Syberię. Podczas pobytu w syberyjskiej tajdze zdążyłam zobaczyć złote góry Ałtaju, jechałam off-road’owym szlakiem zdezelowanym rosyjskim łazikiem po stepie, zjadłam kolację w jurcie, odbyłam trekking po nieoznakowanych szlakach lodowca, posłuchałam szeptu wodospadów w górach Sajanach, w dolinie mgieł zobaczyłam konie w galopie, skosztowałam buriackiego specjału zwanego Pozami, pokręciłam modlitewnymi młynkami w buddyjskim dacanie, zasypiałam przy trzaskającym ogniu kaflowego pieca. Te wszystkie przygody stanowiły Imagejednak przedsmak, tego co miało się wydarzyć. Dotarliśmy na wyspę Olchon na Bajkale. Magia. Zostałam odurzona przejrzystością, a zarazem tajemniczością i zapachem tego miejsca, który był niepodobny do żadnego innego wcześniej. Całe zmęczenie spowodowane podróżą i bezustannym przemieszczaniem się minęło dzięki majestatycznemu spokojowi, który osnuwał taflę jeziora. Spaliśmy dwie noce w namiocie na plaży, rozmawiając przy ognisku z nowo poznanymi Rosjanami, oglądając deszcz meteorytów, a rano kąpiąc się w Bajkale. Dwa najpiękniejsze dni, bo spełniło się moje marzenie od wielu, wielu lat.

We wrześniu nastąpił powrót do mojej organizacji Veras w Nizhnym Novgorodzie. Jak wyglądał mój dzień? Zaczynał się o 10 rano. Codziennie czekało na mnie około dziesięciuImage podopiecznych, którym towarzyszyłam w zajęciach. Specjalnie wyszkoleni pedagodzy prowadzili różnego rodzaju aktywności zaczynając od porannej rozgrzewki, poprzez zajęcia plastyczne: wycinanie, rysowanie, malowanie, robienie figurek z gliny, robienie drzeworytów, filcowanie, robienie biżuterii; zajęcia muzyczne: graniu na instrumentach, śpiewaniu wspólnych piosenek, tańczeniu; grach i zabawach, czy też pogadankach na tematy, które są potrzebne np. higieny, kontaktów międzyludzkich, obecnej sytuacji (pora roku, miesiące, co się dzieje w tym czasie roku). Głównie towarzyszyłam młodzieży (grupie od 15 do lat 20+), próbowałam im pomagać, służyć radą i pomocą jeżeli czegoś nie wiedzieli lub się bali. Nie mam wykształcenia pedagogicznego, więc nie mogłam sama prowadzić zajęć, jednak czasami udawało mi się zostać z młodzieżą i wymyślić coś kreatywnego (śpiewać polskie piosenki, potańczyć salsę, nauczyć ich pisać rzymskie cyfry). Każdy podopieczny jest indywidualną jednostką, każdy ma inny rodzaj autyzmu, u niektórych przejawia się on bardziej, [takie osoby mają problemy z komunikacją, często wypowiadają tylko nieliczne słowa, wolą powtarzanie swoich ulubionych czynności (np. bawienie się danymi zabawkami, siedzenie na kanapie i kiwanie się)], a u innych w mniejszym stopniu [są towarzyscy, ciekawi, dużo mówią]. Czasami autyzm łączy się z innymi schorzeniami czy brakiem koordynacji ruchowej. ImageO 11 przychodził Misza – 17latek, u którego jest stwierdzony autyzm i zaburzenia chodzenia. Jest wskazana przy nim nieustanna opieka, ponieważ ma duże problemy z poruszaniem się, czasami bije się pięściami w głowę, bywa agresywny. Siadałam z nim w kuchni na pół godziny, on pił herbatę i jadł ciasteczka, potem udawał się na indywidualne zajęcia z pedagogiem, a ja wracałam do starszej grupy. Po 30 minutach przychodziłam po niego i razem z inną wychowawczynią robiłyśmy dla Miszy rozgrzewkę. Składała się ona z kilku punktów: skakania na specjalnej piłce do pilatesu, która ma odpowiednie wypustki, żeby pomagały rozbudzić zmysł dotyku, następnie zakładanie obciążników na nogi, żeby Misza mógł Imagepompować stopami pomkę, która wymusza na nim podnoszenie i opuszczanie stóp, następnie przechodzi przez tzw. „dróżkę” – są to maty zrobione z różnych materiałów, które również pobudzają zmysł dotyku. Misza stąpa na poszczególne maty z poduszkami, które wypełnione są różnymi materiałami (maleńkie drewniane klocki, gorczyca, pierze, orzechy włoskie), później wycieraczki z otworami czy sztuczna trawa. Wszystko to stymuluje układ nerwowy i pomaga rozwinąć zmysł dotyku. Na koniec Misza kładł się na karimatach i turlał specjalny wałek z wypustkami, kładł się na plecach i próbował to samo robić nogami. Często zabierało mu to więcej niż pół godziny, miał problemy z mobilizacją do wykonywania danych czynności, jednak widziałam, że z dnia na dzień robił postępy, a kiedy powtórzył daną czynność to przynosiło wielką radość z wykonywanej pracy. O 13 zabierałam Miszę na obiad, do którego zasiadali wszyscy ze starszej grupy, każdy po sobie później sprzątał ze stołu, a dyżurni zmywali naczynia. W organizacji duży nacisk kładzie się na samodzielność podopiecznych. Następnie do godziny 15 zostawałam ze starszą grupą, graliśmy w piłkę, rysowaliśmy, śpiewaliśmy, rozmawialiśmy o naszych rodzinach, co zdarzyło się w dniu poprzednim.

Bardzo mi ich teraz brakuje i nigdy nie zapomnę kilku momentów z pracy, jakie miałam okazję doświadczyć. Największa nagroda jaka mnie spotkała w Rosji była wtedy, kiedy TanjaImage, jedna z moich podopiecznych, 19-nastoletnia dziewczyna, przyniosła mi prezent na moje urodziny w postaci ramki na zdjęcia i powiedziała tak: „Ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką, kocham Cię. Bardzo chętnie chodzę do organizacji, bo wiem, że ty tam będziesz, jesteś naszym słońcem, dajesz nam energię do życia. Chciałabym, żebyś będąc już w Polsce popatrzyła czasami na tę ramkę z moim zdjęciem i czasami mnie powspominała. Życzę Ci wszystkiego co najlepsze!”. Rzuciłyśmy się sobie w objęcia, a ja się kompletnie rozkleiłam, bo wiedziałam, że to są najszczersze i najprawdziwsze życzenia urodzinowe jakie kiedykolwiek dostałam! Warto żyć dla takich chwil – to kwintesencja naszej egzystencji!

Nauczyłam się podczas pracy z dziećmi autystycznymi, że należy starać się każdego dnia, tak jak one starają się wykonywać zadania jak tylko mogą najlepiej. 18-letni Kola jest tego doskonałym przykładem – jest u niego stwierdzony autyzm, brak koordynacji ruchowej, ma problemy z chodzeniem i przykurcz kończyn górnych. Jednak pomimo tego, stara się z całych sił, żeby jak najdokładniej zrobić każde powierzone mu zadanie, jest bardzo samodzielny i zaradny. Mam wrażenie, że ludziom często się nie chce zmieniać, a mamy ku temu takie możliwości. Dla Koli najmniejsze życiowe zadania jak ubranie się czy pozmywanie są trudnościami, on jednak dzielnie stawia rzeczywistości czoła i chce się rozwijać.

Często też w naszym życiu nie potrafimy przebaczać i mówić przepraszam, tego też uczę się od dzieci niepełnosprawnych. Po małej kłótni jaka nastąpiła pomiędzy podopiecznymi, nastąpiła chwila ciszy, a potem wszyscy zaczęli się przepraszać wręcz błagać o wybaczenie. Jak często w naszym życiu unosimy się „honorem” czy nie mamy po prostu odwagi, żeby przeprosić kogoś bliskiego? Oni zrobili to natychmiastowo i tak szczerze i od serca, że byłam pod wielkim wrażeniem.

Cały kilkumiesięczny pobyt w organizacji dla autystów i w Rosji był dla mnie niesamowitą lekcją życia, z której już wyciągam wnioski i wdrażam w życie. Polecam każdemu!

Image